Wyzwalacze w trzeźwości – jak sobie z nimi radzę

Nigdy nie zdarzyło mi się obudzić następnego dnia na kacu i pomyśleć: „mogłem wczoraj wypić jeszcze więcej”. Wręcz przeciwnie – zawsze towarzyszyło temu poczucie zmarnowanego dnia, wyrzuty sumienia i fizyczne osłabienie. To jedna z myśli, które pomagają mi, gdy pojawiają się wyzwalacze – czyli sytuacje, w których pojawia się pokusa sięgnięcia po alkohol.

Co ciekawe, takie momenty wcale nie muszą być związane z wielkimi wydarzeniami. Zwykłe zakupy w sklepie spożywczym mogą być sporym wyzwalaczem. Widok półek pełnych kolorowych butelek, promocji czy hasła „do grilla” potrafią obudzić w głowie wspomnienia dawnych nawyków.

Oczywiście są też klasyczne sytuacje społeczne – imprezy, spotkania z przyjaciółmi czy rodzinne uroczystości. Ale muszę przyznać, że chyba najtrudniejszą próbą dla osoby trzeźwej jest wesele. Alkohol leje się tam strumieniami, wszyscy się bawią, a presja społeczna by „wypić za zdrowie młodej pary” potrafi być naprawdę duża.

Zrozumiałem, że kluczowe jest nauczenie się powstrzymywania przed różnymi wyzwalaczami. To nie dzieje się od razu – to proces, który wymaga cierpliwości i konsekwencji. Ważne jest też, żeby nie doprowadzać się celowo do sytuacji, które mogą być dla nas niekorzystne. Jeśli wiem, że dana okazja będzie dla mnie szczególnie trudna – zastanawiam się, czy na pewno muszę w niej uczestniczyć.

Dziś, po 14 miesiącach życia w trzeźwości, zauważam ogromną zmianę. Kiedy przychodzi weekend, nie czuję już kompletnie tego napięcia, że muszę się „zresetować”. Dawniej piątek oznaczał dla mnie odliczanie do pierwszego piwa lub drinka. Teraz to po prostu czas, który mogę spędzić na swoich pasjach, z bliskimi albo po prostu odpoczywając – bez kaca i poczucia winy następnego dnia.

Trzeźwość nauczyła mnie, że wyzwalacze zawsze będą – ale to, jak na nie reaguję, zależy tylko ode mnie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *